[ Pobierz całość w formacie PDF ]

sen wariat, groza groza. Chwycił go taki smutek, że aż się skulił i chwycił za brzuch.
- Niechże pan opowie - usłyszał nad sobą i poczuł rękę na włosach. - Niech pan biur-
kowy opowie, co się stało.
- Co? Co? - zepchnął rękę z czupryny. - O czym, do cholery, opowiedzieć? Nie ma
pan kogo dzisiaj męczyć? Na mnie musiał pan trafić? Nie widzi pan, że odpoczywam? Niech
panu Goethe coś opowie, tam stoi, za dębem, i się nudzi. Ja śpię! Ja bardzo smacznie śpię.
- Opowiedz pan o Soni - powiedział Antyplaton i wsadził rękę w kieszeń palta. - O
Soni i o śmierci Soni.
Jurek milczał.
- Ja pana zatrudnionego proszę.
Jurek milczał zawzięcie.
- Ja pana przeliczonego błagam.
- Po co opowiedzieć?
- Trzeba opowiedzieć. Trzeba.
Jurek milczał jak kamień.
- Niech pan księgowy powie: Sonia, Sonia, Sonia, Sonia.
Jurek zagryzł wargi.
- Niech pan księgowy powie.
- Nic nie powiem - krzyknął Jurek i znowu się pochylił.
- Niech pan księgowy powie: człowiek. - Antyplaton podał Jurkowi rękawiczkę, która
spadła z ławki, a drugą odsunął od skraju.
- Nie powiem... - krzyknął Jurek pod siebie, z rozpaczą w głosie.
- Niech pan księgowy powie: człowieczeństwo.
- Nie powiem... - krzyknął Jurek i załkał.
Antyplaton dotknął miękko jego ramienia i szepnął konfidencyjnie, jakby ktoś ich
podsłuchiwał: - Ja panu pomogę, panie rachujący. Trzeba zacząć od początku. Na przykład:
Hożą tę dziewczynę imieniem Sonia... i teraz od nowego wersu... Jam poznał... jam poznał
dawno temu... - Antyplaton zająknął się i powiedział nieśmiało: - Trzeba by jakiś rym do So-
nia.
- Jaki rym? Gdzie rym? Po co rym? Nie ma rymu! I już nigdy nie będzie. Pan przecież
wie - wyszeptał Jurek płacząc.
Antyplaton coś sobie przypomniał i zaczął nerwowo się obmacywać. - Ja tu mam dla
pana buchaltera... specjalnie dla pana napisałem... trzy dni żem tworzył... o, proszę. - Wyjął
pogniecioną karteczkę z kieszeni piżamy, stanął przed ławką, podciągając spodnie, podsunął
karteczkę pod same oczy i zaczął czytać uroczystym tonem:
- Patefon gra
Sunie para za parą, Płyta zawodzi, łka, Skrobana szpilką starą.
Jurek z Janką wirują,
Zapomnieli o ziemi, Podłogę tak rysują, Ze widać ślad za niemi.
Sonia porwana tańcem Mruży oczka z rozkoszy, Buzia pokryta rumieńcem, Olka mu-
skają jej włosy.
Choć lampa świeci się jasno (Sonia ma ciemne kolory),
W pokoju robi się ciasno, Gdyż zakradły się tu amory.
Ale tańczymy dalej, Dla wszystkich miejsca starczy, Lecz tu wnet koniec zabawy, Bo
patefon skrzypi i charczy.
Przed ostatnią zwrotką Antyplaton zaczerpnął głęboko powietrza i stanął w uroczy-
stym rozkroku, stopami do środka:
- O nieszczęsna maszyno!
Ty rządzisz naszym losem, Przerwawszy taniec z dziewczyną, Gdy ty zakręcisz swym
nosem.
- No i co? - spytał Antyplaton po chwili ciszy, zagryzając usta i siadając z powrotem
przy Jurku. - Jak pan nadliczbowy znajduje?
- Co jak znajduję?... Atak, trzeba by jeszcze trochę popracować - wyszeptał z wysił-
kiem Jurek, ciągle skulony.
- %7łe niby co? - mruknął Antyplaton z lekkim rumieńcem na policzkach.
- Można by poprawić to i owo.
- Co znowu poprawić? Co tu poprawiać? - Antyplaton miał zły głos i nerwowo bębnił
palcami po ławce unosząc lekko lewy pośladek.
- No, niektóre sformułowania. Poza tym finał jest niezbyt jasny. I sylaby warto by po-
liczyć - Jurek podniósł głowę i spojrzał ukradkiem na sąsiada. - Ale całość jest na bardzo
przyzwoitym poziomie - dodał szybko.
- Nieprawdaż? - ucieszył się Antyplaton. - Nieprawdaż? A teraz pana rachmistrza ko-
lej. Po pierwsze rym do Sonia.
Jurek znowu patrzył sobie w brzuch i miał w gardle łzy. - Nie mogę, nie mogę - wy-
szeptał z samych trzewi.
- Musisz, Jerzy musisz.
- Pierwszy rym do panna Sonia...
- Musisz, synku, musisz.
-...trąbę ma i uszy słonia - z najwyższym trudem, przez łzy, wystękał Jerzy.
Antyplaton aż podskoczył z radości i odetchnął głęboko. - Widzi pan księgowy, wi-
dzi?
Jurek oparł się o ławkę i spojrzał przed siebie. W oddali, nad helenowskim lasem, błę-
kit nieba wyzwalał się z przestrzeni i odrywał ku własnej drodze.
- Więc jak to było? - powiedział cicho Antyplaton i przysunął się do Jerzego, lecz nie
za blisko.
- Jak to było? - powtórzył Jurek z zadumą i wierzchem dłoni otarł łzy. - Jak to było?
Jak to wyglądało?
Przez chwilę szeptał coś bezgłośnie, przesuwał po kolei palce lewej dłoni palcem
wskazującym prawej, robiąc jakieś obliczenia. Wreszcie zaczął spokojnym, znużonym tonem:
- W Tworkach więc pracowała buchalterka Sonia, zatrudniona w czterdziestym, z
Berdyczowa rodem, ledwie ją poznałem, już pisałem... już pisałem... - Jurek się zająknął i
zamyślił.
-...wodę... - podpowiedział Antyplaton.
- Co: wodę?... Bez sensu przecież.
- No to odę... Już pisałem odę.
- Ledwie ją poznałem, już pisałem odę, piękno jej wierszem sławiąc cennym jak kły
słonia. Tak to wyglądało... na początku.
Antyplaton znowu podskoczył radośnie, opadł uważając na lewy pośladek i klepnął
się w brzuch: - Ale nam dobrze razem idzie. - Spojrzał Jurkowi w oczy. - Razem to byśmy
dopiero pisali. Trochę z pana buchaltera, trochę z Antyplatusia. o wszystkim byśmy mogli. O
budowaniu miast, o wakacjach letnich, o zdobywaniu szczytów i o nowych obyczajach. - Wy-
raznie się rozmarzył i z przejęcia założył jeden sandałek na drugi: - Ale byśmy razem pisali!
O podróżach po morzach i oceanach, skończonych i nieskończonych, o wyjściu robotników z
fabryki, o złodziejach i policjantach, biednych rencistach, o owiec pasaniu, o duchu narodo-
wym, o szpiegach jeszcze nie wykrytych, o naszym dniu codziennym od ósmej do czwartej, o
zamkach gotyckich i powrotach bohaterów, jak już zwyciężą w bitwie. - Zamilkł i przez
chwilę głaskał w zadumie rozczochraną brodę. - No tak... ale wpierw trzeba to jedno skoń-
czyć... więc co było dalej, panie krzesełkowy? Może tak: Buchalterka Sonia pacjentów... pa-
cjentów - znowu się zająknął - pacjentów lubiła...
- Już było, że buchalterka.
- Nie szkodzi, dobrze, że się powtarza. Powinno się powtarzać.
Jurek znowu spojrzał w dal. Flaga nieziemska była gotowa: złota kula słońca stanęła
w samym środku nieba. Zaczerpnął głęboko, aż po przeponę, powietrza i wyrecytował:
- S., nasza buchalterka, bardzo mnie lubiła; jej szyja będzie w pręgach, ajej ciało zwi-
sać.
Ten list od niej dostałem, gdy chwila wybiła.
Lecz gdzie dać mam odpowiedz: na Berdyczów pisać?
- No - wysapał z ulgą Antyplaton. - Dalej już pójdzie. Tylko więcej szczegółów i po
kolei. Obieca pan księgowy?
- Nie wiem.
- Niech pan buchalter obieca.
Jurek wyciągnął list z kieszeni. - Widzi pan, zapisała się na śmierć. - Westchnął głę-
boko. - I teraz ja też się muszę zapisać. Na śmierć. Do końca życia. Widocznie los tak chciał.
Tak mi jest pisane. Całe życie pisać na Berdyczów.
Antyplaton kiwnął głową. Jurek obrócił ku niemu twarz i powiedział nieswoim gło-
sem, wskazując palcem na własną pierś i próbując się uśmiechnąć jak do dobrego żartu: -
Tam będzie pisała Polska.
Antyplaton kiwnął głową i poprawił sandałek, który zsunął mu się ze stopy. [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • freetocraft.keep.pl
  • Strona Główna
  • Kwiek, Marek Academic Entrepreneurialism and Private Higher Education in Europe (2013)
  • Kompas zwycięzcy Marek Zabiciel [PL] [pdf]
  • HoĹ‚yĹ„ski Marek E mailem z Doliny Krzemowej
  • Hassenmć‚ć˝ller He
  • Shade, Mike Carved from Gold
  • Herries Anne W sieci intryg
  • A. Maclean Cyrk
  • 289. Sanderson Gill Znakomity Specjalista
  • WSPOMNIENIA MISTYKA BISZRA BOSEGO
  • Montella Christian Graal 01 Bezimienny rycerz
  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • jasekupa.opx.pl