[ Pobierz całość w formacie PDF ]

którzy orzekli, że idiotką jest istotnie, ale wszelkie obowiązki urzędowe spełniać
może. Porucznik Lukasz zawołał:
 Jezus Maria!  i dodał do tego:  Powiedziałbym wam coś, mój Szwejku,
ale nie chcę sobie psuć kolacji.
 Mówiłem panu oberlejtnantowi  odpowiedział Szwejk  że ta historia
jest straszliwie głupia.
Porucznik machnął ręką i odpowiedział:
 No, od was nie nasłuchałem się znowu opowieści o wiele mądrzejszych.
 Nie wszyscy mogą być mądrzy, panie oberlejtnant  rzekł Szwejk tonem
głębokiego przekonania.  Głupi muszą stanowić wyjątek, bo gdyby wszyscy
ludzie byli mądrzy, to na świecie byłoby tyle rozumu, że co drugi człowiek zgłu-
piałby z tego. Gdyby na przykład wszyscy znali prawa natury, to posłusznie mel-
duję, panie oberlejtnant, każdy mógłby sobie obliczyć odległości między ciałami
niebieskimi i molestowałby swoje otoczenie, jak to czynił niejaki Czapek, któ-
ry przesiadując  Pod Kielichem , w nocy wychodził zawsze z szynku na dwór,
rozglądał się po gwiazdzistym niebie, a gdy potem wracał na salę, to chodził od
jednego do drugiego i mówił:  Dzisiaj bardzo ładnie błyszczy Jowisz, ale ty, dra-
bie, nawet nie wiesz, co masz nad głową. To są takie odległości, że gdyby cię,
gałganie, wystrzelili z armaty, tobyś z szybkością kuli armatniej leciał w tamte
strony wiele milionów lat. Bywał przy tym taki ordynarny, że potem zwykle sam
wylatywał z gospody z szybkością zwykłego tramwaju elektrycznego, posłusznie
melduję, panie oberlejtnant, mniej więcej dziesięć kilometrów na godzinę. . . Albo
wezmy na przykład, panie oberlejtnant, mrówki. . .
158
Porucznik Lukasz usiadł na kanapie i złożył ręce.
 Aż się dziwię, doprawdy, że wdaję się z wami, mój Szwejku, w rozmowę,
chociaż was znam już od dość dawna.
Szwejk potakiwał głową na znak zupełnej zgody.
 To z przyzwyczajenia, panie oberlejtnant, to właśnie skutkiem tego, że już
się bardzo dawno znamy i żeśmy razem bardzo wiele przeżyli. A gdy nam się
czasem coś przytrafiło, to tak jak ślepej kurze ziarno. Posłusznie melduję, panie
oberlejtnant, że to już taki los. Co najjaśniejszy pan postanowił, to jest dobre; on
nam kazał trzymać się kupy, więc i ja nic innego sobie nie życzę, tylko być panu
pożytecznym, panie oberlejtnant. A może pan głodny?
Porucznik Lukasz, który tymczasem wyciągnął się znowu na starej kanapie,
odpowiedział, że ostatnie pytanie Szwejka jest najlepszym przypomnieniem, co
w tej chwili zrobić należy. Szwejk został wysłany do kuchni oficerskiej, aby się
przekonać, czy jedzenie już gotowe, czy jeszcze nie. W ogóle lepiej będzie, gdy
Szwejk przejdzie się trochę i opuści go na chwilę, bo to ględzenie, którym go
bezustannie częstuje, męczy bardziej niż cały marsz na Sanok. Chciałby chwilkę
pospać, ale nie może zasnąć.
 To pluskwy spać nie dają, panie oberlejtnant. Istnieje stary przesąd, że nie
ma plebanii i bez pluskiew. Rzeczywiście, nigdzie nie ma tyle pluskiew co na ple-
baniach. W Górnych Stodółkach był proboszcz i napisał całą książkę o pluskwach,
które nawet podczas kazania po nim łaziły.
 Więc słyszeliście, Szwejku, co macie zrobić, czy nie? Pójdziecie do kuchni
czy ja mam pójść za was?
Szwejk wyszedł na dwór, a za nim jak cień wykradł się na palcach Baloun. . .
Gdy nazajutrz rano wyruszyli z Liskowca na Starą Sól-Sambor, wiezli z sobą
w kuchni polowej ową nieszczęsną krowę, która jeszcze się nie ugotowała. Posta-
nowiono gotować ją w drodze i zjeść w połowie drogi, gdy będzie odpoczynek
między Liskowcem a Starą Solą.
Na drogÄ™ dostali szeregowcy czarnej kawy.
Podporucznika Duba znowu wiezli na sanitarnej dwukółce, bo po wczoraj-
szym dniu był jeszcze słabszy niż przedtem. Najwięcej kłopotu miał z nim jego
służący, bo musiał biec tuż przy dwukółce, a podporucznik stale krzyczał na niego,
że wczoraj nie pielęgnował go wcale i że zabierze się do niego, jak tylko przyjadą
na miejsce. Co chwila kazał sobie podawać wodę, ale po wypiciu natychmiast ją
zwracał.
 Z kogo, z czego wy się śmiejecie?  krzyczał ze swego wózka.  Ja was
nauczÄ™! Wy ze mnÄ… nie igrajcie, bo mnie poznacie!
Porucznik Lukasz jechał wierzchem i rozmawiał ze Szwejkiem, który tak by-
stro maszerował obok niego, jakby się nie mógł doczekać chwili spotkania z nie-
przyjacielem. Idąc opowiadał:
159
 Czy pan już zauważył, panie oberlejtnant, że niektórzy nasi ludzie są jak
te muchy? Na plecach mają niecałe trzydzieści kilo i nie mogą tego wytrzymać.
Należałoby im urządzić kilka odczytów, jakie wygłaszał nam pan oberlejtnant Bu-
chanek, co to się zastrzelił z powodu zaliczki na żeniaczkę, którą wziął od swego
przyszłego teścia i przełajdaczył ją z innymi dziewkami. Potem wziął drugą za-
liczkę od innego przyszłego teścia i używał już jej trochę oszczędniej: po troszku
przegrywał ją w karty, a od dziewek stronił. Ale też mu pieniędzy nie na długo
starczyło, więc musiał się udać do trzeciego przyszłego teścia. Za trzecią zaliczkę
kupił sobie konia arabskiego, ogiera, ale niestety nierasowego. . .
Porucznik Lukasz zeskoczył z konia.
 Jeśli zaczniecie mówić o czwartej zaliczce, to was zrzucę do rowu  rzekł
surowo.
Wskoczył na konia, a Szwejk z wielką powagą mówił dalej:
 Posłusznie melduję, że o czwartej zaliczce nie może być nawet mowy, bo
już po trzeciej się zastrzelił.
 Nareszcie!  rzekł Lukasz.
 Aha, co to ja panu chciałem powiedzieć?  wywodził Szwejk.
 Takie odczyty wygłaszał nam zawsze ten pan oberlejtnant Buchanek, gdy
podczas marszów żołnierze padali ze zmęczenia, i podług mego skromnego mnie-
mania podobne odczyty powinny być wygłaszane naszym żołnierzom. On naka-
zywał odpoczynek, gromadził nas wszystkich dokoła siebie jak kwoka kurczęta
i zaczynał przemawiać:  Wy łobuzy, wy nie doznajecie uczucia dumy, że masze-
rujecie po kuli ziemskiej, bo jesteście jeden z drugim nieokrzesaną bandą. Rzygać
się chce, kiedy człowiek na was patrzy. Na Słońce należałoby was przenieść, żeby-
ście tam maszerowali, gdzie człowiek, który na naszej biednej planecie ma sześć-
dziesiąt kilogramów, waży przeszło tysiąc siedemset kilogramów! Pozdychaliby-
ście chyba, gdybyście w plecaku musieli dzwigać przeszło dwieście osiemdziesiąt
kilogramów, a karabin ważyłby półtora korca. Stękalibyście i wywieszali jęzory
jak zziajane psy. Był tam między nami pewien nieszczęśliwy nauczyciel, który
rozzuchwalił się tak dalece, że też zabrał głos w tej sprawie:  Z przeproszeniem,
panie oberlejtnant, odezwał się, na Księżycu człowiek ważący u nas sześćdziesiąt
kilogramów, waży tylko trzynaście kilogramów. Na Księżycu lepiej by nam się
maszerowało, ponieważ nasz plecak ważyłby tylko cztery kilogramy. Na Księży-
cu nie maszerowalibyśmy, lecz, że tak powiem wznosilibyśmy się.  To straszne,
odpowiedział na to nieboszczyk pan oberlejtnant Buchanek, ty drabie wyszczeka-
ny, przymawiasz się, żeby dostać po pysku. No, bądz szczęśliwy, że dam ci tylko
zwyczajnie po ziemsku w pysk, bo gdybym ci dal po księżycowemu, to zaleciał-
byś aż gdzieś na Alpy i spadłbyś na nie jak jaki niemrawy placuszek. A gdybym ci
dał po słonecznemu, to mundur zamieniłby się na tobie w kaszkę, a głowa twoja
odleciałaby aż gdzieś do Afryki. Więc mu dał w pysk zwyczajnie po ziemsku, [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • freetocraft.keep.pl
  • Strona Główna
  • 2.Longin Jan Okoń Longin Jan Okoń Trylogia Indiańska. Tom II CzerwonoskÄ‚Å‚ry Generał
  • Bednarska Agnieszka Emigracja uczuć Emigracja uczuć tom 1
  • Cole Allan & Bunch Christopher Sten Tom 1 Sten
  • Św. Tomasz z Akwinu 19. Suma Teologiczna Tom XIX
  • Św. Tomasz z Akwinu 29. Suma Teologiczna Tom XXIX
  • Susan Sontag Odrodzona. Dzienniki. tom 1
  • Anne Rice Godzina Czarownic TOM 4
  • Fabian Dusan Rytuał. Tom I
  • 05_TOM V_v.1.1 elektroenergetyka nietrakcyjna
  • J.Lynn Zostań ze mną tom 2
  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • stacjefm.opx.pl